Madagaskar, cz. 2: Nasze wakacje 2019!
Naszą podróż rozpoczęliśmy po 9 rano na Okęciu. Po południu już witaliśmy się z Dohą, skąd – po niecałych 2h – startowaliśmy do Nairobi. Wznoszenie się nad nadbrzeżem w Doha dostarcza wyjątkowo fajnych wrażeń (widać piękny kolor wody i sztuczne wyspy w fikuśnych kształtach).Po 6h wylądowaliśmy w stolicy Kenii i tu już niestety skończyło się rumakowanie. Bite 12h musieliśmy spędzić w terminalach, z czego połowa oznaczała noc i godziny przed świtem. Miejsce boardingu nie było jeszcze podane, wobec tego okopaliśmy się na pozycjach na multiniewygodnych ławeczkach w terminalu 1A i usiłowaliśmy spać. Jak zresztą tysiące innych turystów – lotnisko w Nairobi w nocy i nad ranem wygląda jak noclegownia. Tak dotrwaliśmy do południa, potem jeszcze 3-godzinny lot i wylądowaliśmy w stolicy Madagaskaru, Antananarivo. Madagaskar z lotu ptaka robi niezwykłe wrażenie. Już wtedy widać, jak ogromny kawał lądu oddzielił się kiedyś od Afryki. Wszystko jest suche i brązowo-szare, tylko tam, gdzie są rozpadliny i wąwozy, widać że gleba pod spodem ma kolor od brzoskwiniowego, przez łososiowy, aż po niemal wściekłą czerwień. Czad!
Lądowanie i… Ha ha ha, a co to? Dom towarowy w Zakopanem z lat 70-tych? Nie, to terminal lotniska z 3 spadzistymi dachami 🙂 Każdy przylatujący turysta przed wejściem do niego ma mierzoną temperaturę.

Władze Madagaskaru niby chcą uszczelnić granicę przed chorobami, stąd na Landing Cards znajduje się wywiad dot. stanu zdrowia turystów. Z drugiej jednak strony – nie trzeba tego stanu poprzeć żadnymi dokumentami czy zaświadczeniami o szczepieniach, nikt na miejscu w to nie wnika.
Paszporty sprawdzone, karteczki, które wypełnialiśmy w samolocie – podbite, to teraz wizy. I tu ZONK! Przylecieliśmy praktycznie bez gotówki: bez Ariarów, z może 20€ i to wszystko. Polegaliśmy na informacjach w Internecie, gdzie było napisane, że płatność za wizę odbywa się wylącznie gotówką, ale na miejscu jest bankomat, z którego spokojnie można ją wypłacić.
Owszem, jest, są nawet DWA – ale w dalszej części lotniska, dokąd przechodzi się już po wstemplowaniu wizy, formalnościach i odbiorze bagażu. I co tu robić? (ten sam problem miał oprócz nas jeszcze turysta z Francji). Szybkie rozwiązanie: mój mąż i Francuz udali się do tych bankomatów pod obstawą pani z obsługi. Niestety – znowu porażka, bo jeden bankomat nie działał w ogóle, a w drugim padł wyświetlacz. Można było wykonywać operacje, ale na monitorze było czarno. Kolejna szybka piłka: jeden z pracowników skuterem zabrał męża do bankomatu niedaleko lotniska. I w ten sposób, zanim wjechaliśmy na Madagaskar na legalu, męska połowa naszej ekipy już zdążyła na nim być 2x, i to nielegalnie 🙂 Pieczątki, odbiór bagażu i szukamy taksówki.
Od razu wpadliśmy w tłum naganiaczy, w których taksówkarze odgrywają najmniejszą rolę. Oni często nie mówią po angielsku, więc czekają, aż stado krewniaków, sąsiadów i innych 'napędzi’ im klientów. Najwięcej do gadania ma 'manager’, który ma listę lokalizacji z cenami i który decyduje czy kierowca w ogóle tam pojedzie i dojedzie. W czasie negocjacji reszta zgrai już wyciąga ręce po nasze walizki, aby tylko pomacać, bo przecież pomacane – to już prawie zaniesione, a za zaniesione należy się napiwek. To samo z brataniem się – w ciągu kilku sekund już każdy jest prawie 'friend’, naszemu synowi nadstawiają dłonie złożone do 'żółwika’, no bo jak żółwik to jesteśmy przecież kumple, więc tip please? Naprawdę, trzeba być nie lada asertywną i wytrzymałą osobą, żeby po tylu godzinach lotu i mimo zmęczenia stawić opór takim akcjom. My robiliśmy, co się dało. Umówiliśmy się na sztywno na 60 000 Ar (60 zł). Krewni i znajomi królika chętni na tipy musieli się obejść smakiem w tym wypadku. Takie zachowanie jest typowe dla wszystkich ubogich krajów i oczywiście znamy i rozumiemy jego przyczynę. To był chyba jedyny przypadek, kiedy nie wręczyliśmy napiwku – nie czuliśmy się komfortowo wśród tylu napierających na nas osób, wszyscy zamiast pomagać tamowali nasze ruchy i – last but not least – czuliśmy się po prostu bezczelnie naciagani.
No to jedziemy! Droga z lotniska do hotelu trwała bite 2h (do przejechania kilkanaście km) i oczywiście w połowie trasy prawie nagle zrobiło się zupełnie ciemno. Ale to, co zdążyłam zobaczyć, dało mi dużo do myślenia. Wózki z towarami ciągnięte przez zebu albo bosych ludzi. Kozy i kury na ulicach. Kobiety (ale i mężczyźni) niosący wielkie kosze na głowach, dzieci siedzące na ulicy, ubrania suszące się na wielkich połaciach przy rzekach (dopiero potem dowiedziałam się, że to rytuał oczyszczenia, stosowany po śmierci członka rodziny). Kramy z mięsem, owocami i wszystkim, co można zjeść. Egzotyczna roślinność i pola ryżowe niemal w środku miasta. Domy wśród bagien i domy, których trzymanie się w pionie przeczyło wszelkim prawom fizyki. Samochody bardzo stare i samochody takie, ktorych produkcję zakończono jeszcze przed naszym urodzeniem. Byliśmy w prawdziwej Afryce!

*

*

*

*
Naszą pierwszą miejscówką był A’l Hotel, hotelik położony niedaleko centrum, przy wiecznie zakorkowanej ulicy i bardzo głośnym rondzie (od świtu startowały stamtąd lokalne busiki pasażerskie, na które maganiacze nawoływali klientów WRZESZCZĄC chyba od 3 nad ranem). Po drugiej stronie wszystkie pokoje miały widok na jedną z dolin stolicy upstrzoną domkami na zboczach wzgórz. Piękny krajobraz, niestety dostaliśmy pokój na 1. piętrze od ulicy i czym prędzej zmieniliśmy go na inny – z tej samej strony, ale na 4. piętrze. Hałas nie dokuczał już prawie wcale, nad nami był już tylko dach z pięknym, panoramicznym widokiem, pokój był lepszy niż poprzedni. Ale zimny! Położone w całym hotelu kafelkowe podłogi dosłownie mroziły stopy, okna były nieszczelne i w rezultacie 2 noce spędziliśmy śpiąc pod dodatkowymi kocami. Tak, jak pisałam we wcześniejszym poście z praktycznymi informacjami, w czasie naszego lata a tutejszej zimy, noce bywają bardzo chłodne. Na szczęście w hotelu tylko nocowaliśmy, a od razu po śniadaniu już zaczynał się budzić upał, a my poszliśmy zwiedzać.Antananarivo (w skrócie Tana) – jakie jest to miasto? Przede wszystkim pięknie położone. Na wysokich wzgórzach, na których kaskadowo wybudowano kolorowe domki. Między nimi znajduje się stadion narodowy i Lac Anosy, czyli malowniczy staw ze statuą anioła, do której prowadzi grobla. I to tyle, jeśli chodzi o ogólny widok. Przy bliższym spojrzeniu niestety nie da się ukryć, że Antananarivo jest stolicą państwa 3. świata. Wspomniany akwen Lac Anosy cuchnie moczem. Żyją tam bezdomni i wchodzenie na groblę nie jest zalecane.

*

*

*
Na wzgórzach dzielnicy Haute-Ville faktycznie zobaczycie bardziej eleganckie domy (takie nasze wille z lat 70-80), przy których parkują współczesne (nie nowe, współczesne) samochody. Tam, na górze, nie słychać zgiełku i nie czuć smrodu spalin aut stojących w korkach na ulicach w centrum, nie widać żebrzących ludzi, za to można zobaczyć przepiękną panoramę miasta.

*

*

*
’Na górze’ warto zobaczyć pałac królewski Rova, zwany Manjakamiadana, który widać praktycznie z każdego miejsca w stolicy. Był siedzibą królewskiego rodu od XVII do XIX stulecia. Ponad 20 lat temu został strawiony przez pożar, więc obecnie można obejrzeć jedynie szkielet, ale ten i tak robi wrażenie.
W kwestii biletów – przedsiębiorczy lokalni mieszkańcy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i oferują wstęp 'z przewodnikiem’ za ok. 150 zł/os. Niezawodny sposób zawsze działa – zrezygnowaliśmy, bo drogo, poza tym po co nam jakiś gadający facet, skoro wszystko mamy opisane w przewodnikach i Internecie. Szybki odwrót, i natychmiast zostaliśmy dogonieni z nową ofertą. Weszliśmy wszyscy za 500 Ar (50 gr) od osoby. Zwiedziliśmy to piękne miejsce, i nawet przypadkowo udało nam się zobaczyć przygotowania do oficjalnej uroczystości 150-lecia miejscowej katedry, na które przybyło kilkaset członków królewskiego rodu (być wśród szlachetnie urodzonych potomków roku królewskiego Madagaskaru – czyż to nie brzmi kosmicznie?!?). Zrobiliśmy sobie spacer prze Haute-Ville, mijając różowy budynek Musée Andafiavaratra i jedząc przepyszny obiad w Rova Grill (restauracja świetnie oceniania za jedzenie i jeszcze lepiej za zapierające dech widoki! więcej w kolejnym poście). Wycieczkę zakończyliśmy na dole przy Lac Anosy.

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*
Kolejnego dnia o 5 rano, kiedy było jeszcze zupełnie ciemno, wystartowaliśmy do Morondavy z naszym kierowcą Ruddim (logistyka opisana w poprzednim poście). Jechaliśmy 12h po bezdrożach, przez Antsirabe (okropnie brzydkie przemysłowe miasto, drugie pod względem wielkości na wyspie) i z przystankiem na obiad w Miandrivazo. Widoki po drodze to coś niesamowitego – potężne góry (czy wiedzieliście, że masywy górskie na Madagaskarze osiągają wysokość prawie 2900 m. n.p.m.?), tarasowe uprawy na zboczach wzgórz, zmieniający się krajobraz – od obszarów wiejskich po sawannę i palmowe lasy. Mijaliśmy wioski – te bogatsze, gdzie domy są murowane; i te biedne, gdzie mieszka się w krytych strzechą chatkach z patyków, bez prądu. Źródłem zasilania są w takich miejscach maleńkie baterie słoneczne, wystawione przed wieloma chatkami – dzięki nim można chociaż naładować komórkę, jedyny kanał komunikacji ze światem.

*

*

*

*

*

*

*

*
I teraz HIT! Jakkolwiek nędznie mogą wyglądać te wioseczki, zawsze był czyściuteńkie, zamiecione. Po wizytach w Egipcie i Tunezji, które są dosłownie zalane śmieciami, takie utrzymywanie porządku zrobiło na nas gigantyczne wrażenie!
Ludność Madagaskaru żyje w izolacji od reszty świata, a zasoby wyspy są ograniczone, dlatego mieszkańcy starają się najefektywniej jak się da wykorzystać to, co mają do dyspozycji. Z wykopanej gliny wyrabiają i wypalają cegły, które potem są wykorzystywane do budowy domów. Zbocza stromych gór zamieniają na tarasowe pola uprawne. Auta jeżdżą aż się rozpadną, a na wyspie prawie nie ma nowych samochodów. Dużo zużytych przedmiotów dostaje tutaj drugie życie jako coś zupełnie innego, a second-handy są bardzo popularną formą sprzedaży odzieży.
Pierwsze baobaby zobaczyliśmy ok. 3h drogi od Morondavy. Aż podskoczyłam – one naprawdę istnieją! Wysokie palmy kokosowe pojawiły się 1h przed dotarciem do celu – to był znak, że wjeżdżamy w tropiki.
Morondava to jedno z kilku głównych miast Madagaskaru, leży na zachodnim wybrzeżu kraju. W polskiej skali – jest naprawdę niewielkie, i niewiele się w nim dzieje (jest kilka świetnych restauracji, w tym jedna oceniona jako najlepsza miejscówka w kraju serwująca tradycyjną kuchnię Madagaskaru, są agencje turystyczne, są knajpy-kluby z muzyką na żywo, krórych nie ocenię, bo nie byłam).

*

*

*

*

*
Ale Morondava to przede wszystkim baza wypadowa do kilku najważniejszych atrakcji Madagaskaru: słynnej Alei Baobabów, Rezerwatów Grand Tsingy i Petit Tsingy, Rezerwatu Kirindy, Parku Narodowego Kirindy Mitea, czy trochę dalszej podróży do rafy na południowym zachodzie. Do lokalnych atrakcji należą też rejsy żaglówkami czy pirogami. I o to właśnie nam chodziło – zatrzymać się gdzieś, gdzie będziemy mogli po prostu wyciszyć się, odpocząć i co kilka dni wyruszać na jakąś wycieczkę. Trafiliśmy w dziesiątkę.

*

*

*

*
Zacznijmy od hotelu. Laguna Beach znajduje się przy głównej turystycznej ulicy, Rue De L’ Independance, od drugiej strony graniczy z plażą Oceanu Indyjskiego. Po obejrzeniu widoku z satelity Google przed wyjazdem zdecydowanie nie było efektu WOW! – jak się okazało dlatego, że zdjęcia pochodziły z okresu budowy hotelu. To, co zastaliśmy na miejscu, totalnie nas oszołomiło – okazało się, że właśnie zalogowaliśmy się w najlepszej miejscówce w Morondavie! Kompleks składa się z 2 rzędów 2-piętrowych bungalowów wybudowanych pod wysokimi palmami wprost na plażowym piasku. W każdym domku są 2 apartamenty, dolny i górny. My zajęliśmy jeden z dolnych – na (chyba) 50 m2 mieliśmy przeogromne łóżko, drugie mniejsze łóżko, strefę wypoczynkową z kanapą i ławą, wielką szafę na ubrania, biurko z krzesłem (+TV, który włączyliśmy może 1 raz), sporą lodówkę i jeszcze mnóstwo miejsca na podłodze. Do tego bardzo duża łazienka i ogromny taras. Na końcu alejki bungalowów znajduje się okrągła restauracja, z której przechodzi się do strefy basenowej, czyli ulubionego miejsca naszego syna. Laguna Beach ma tzw. infinity pool, czyli basen, którego granica wizualnie stapia się z niebem, do tego w basen jest wkomponowany bar! (można siedzieć w wodzie i sączyć drinki). Do dyspozycji mniejszych dzieci jest brodzik, wieczorami podświetlany tęczowymi kolorami. To wszystko – zarezerwowane przez booking.com – kosztowało nas niecałe 3 tys. zł. za prawie 2 tygodnie pobytu 3 osób.

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*
Bezpośrednio z podestu basenowego schodzi się na plażę, prosto w drobny, biały piasek. W czasie odpływu można dotrzeć nawet kilkaset metrów wgłąb oceanu i pokąpać się w wysokich falach (woda super ciepła!). W nocy polecam tropić z latarką kraby – wygrzebuje się ich z piasku takie mnóstwo, że momentami nie wiadomo, gdzie postawić stopę. Niektóre są maleńkie, a inne tak duże, że potencjalne uszczypnięcie oznaczałoby rozlew krwi! Część z nich znajdziecie potem na talerzach w restauracjach. Poranny spacer oceaniczną plażą to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Łodzie rybackie wypływają o świcie, a przed 8 rano wyciąga się sieci, w których są ryby, kraby, krewetki, kalmary. Uzbierałam mnóstwo muszli o fantastycznych kształtach 🙂 (eksport muszli, jak i innych bogactw naturalnych Madagaskaru, jest zakazany. Ja nadałam na bagaż małą partię i nikt się nie zainteresował).

*

*

*

*

*

*
