Madagaskar, cz. 3: Bon appétit!

Od początku zakładaliśmy, że nasze tegoroczne wakacje – oprócz niewątpliwych walorów krajoznawczych – będą mieć też wymiar kulinarny. Bo jakżeby inaczej – egzotyczna wyspa na Oceanie Indyjskim po prostu MUSI mieć bogatą kuchnię! Tym bardziej, że jest kulturalnym tyglem; na Madagaskarze łączą się wpływy Afryki i Azji. Specjalnie niewiele czytałam o regionalnych potrawach, żeby dać się zaskoczyć. Czy się udało? TAK!! Kuchnia Madagaskaru jest absolutnie fantastyczna. Dlaczego?
- jedzenie to w kulturze malgaskiej poważna sprawa i przywiązuje sie do niego wielką wagę. Tu nie je się byle jak. Zawsze pysznie. Najbardziej oczekiwany upominek od gościa zaproszonego do domu po raz pierwszy to ryż (albo rum :-))
- świeże owoce mają smak zupełnie inny niż te dostępne w Polsce, tego trzeba spróbować.
- owoce morza są pod ręką, oprócz tego specjalnością lokalnej kuchni jest mięso zebu (afrykańska odmiana krowy), przygotowywane na wiele sposobów
- również wegetarianie mają dużo opcji do wyboru
- wszystko jest przygotowywane na miejscu tuż przed podaniem. Mrożonki odgrzewane w mikrofali? Coś takiego na Madagaskarze NIE ISTNIEJE!
- nigdzie nie podadzą Wam soków z kartonu. Jakikolwiek sok jest wyciskany ze świeżych owoców. Różnica w smaku jest kolosalna.
- street food jest dostępny wszędzie i jest mega przesmaczny!
- macie możliwość spróbowania dań, które mieszkańcy przygotowują w domu dla rodziny – w każdej miejscowości są stragany, gdzie można kupić potrawy, które akurat są jedzone na obiad czy kolację

- wszystko jest BAJECZNIE tanie. Pełny obiad za 5-6 złotych? Spoko, mamy to.
Oczywiście, jedzenie maksymalnie świeżo przygotowanych potraw ma też drugą stronę – czekanie na podanie dania. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło się, że ten czas oczekiwania był krótszy niż 30 minut. No cóż… środkiem zaradczym będzie po prostu nieprzychodzenie do knajpy w stanie maksymalnego głodu 🙂 W zamian za to Wasze podniebienie zostanie wypieszczone do granic wyobraźni.
Zdumiał mnie ogromnie niski koszt ludzkiej pracy. Jak wszystko na Madagaskarze, jedzenie jest niewiarygodnie tanie, a zarazem świeżo przygotowywane. Ktoś stoi nad garnkiem czy patelnią, szykuje i doprawia dania, poświęca temu czas – w małych knajpeczkach jest to najczęściej jedna osoba, która się nie rozdwoi, więc roboty ma multum. W Polsce taki przeogromny nakład pracy byłby odpowiednio wyceniony (jak również fakt, że np. składniki zostały wyłowione z morza lub zebrane zaledwie przed chwilą). Wszystko kosztowałoby kilka lub kilkanaście razy więcej. Nie na Czerwonej Wyspie. Tutaj wyżywicie się za grosze. Pod koniec pobytu postanowiliśmy spróbować jedzenia w ekskluzywnym miejscu, więc przeglądałam w Internecie menu topowych restauracji. Najlepsza restauracja w kraju najdroższe danie serwowała za 70 000 Ar (70 zł) i niczego droższego nie znalazłam. Nie poszliśmy do tej restauracji, ale byliśmy w tej, która zajmowała 2. miejsce w rankingu. Niżej poczytacie o wrażeniach.
Kuchnia Madagaskaru ma 2 flagowe dania: ravitoto i romazavę, oraz wszelakiej maści potrawy z owocami morza. Podstawą kuchni jest ryż. Czasownik „jeść” to w jęz. malgaskim „mihinam-vary”, czyli dosłownie „jeść ryż” i ryż faktycznie towarzyszy mieszkańcom przez cały dzień – od śniadania do kolacji. Jest zabierany też jako przekąska i jedzony (z dodatkami) prosto z ręki w ciągu dnia.
Ravitoto to danie, którego wygląd na pierwszy rzut oka jest odwrotnie proporcjonalny do smaku. W misce lub garnuszku dostajecie zielono-brązową paćkę, której towarzyszy obowiązkowo ryż oraz pomidorowa salsa. Zielona „breja” to duszone (najczęściej w mleku kokosowym) liście cassavy (manioku), pod którą znajdują się mięciutkie i rozpływające się w ustach kawałki mięsa zebu lub wieprzowiny. Ryż dodajemy stopniowo do miseczki, żeby wchłonął sos. Salsa z pomidorów, cebuli i ziół jest wzbogacana świeżym imbirem. Jest to nieprawdopodobnie pyszne połączenie smaków i rewelacyjnie komponuje się z daniem. Ravitoto wypróbowaliśmy chyba we wszystkich miejscach, w których jedliśmy i nigdy nie przeżyliśmy zawodu. Najpyszniejsze było w knajpeczce Les Bougainvilliers.

Romazava jest gulaszem z tłustszych kawałków mięsa zebu, duszonych z lokalną zieleniną (Brassica Juncea – miejscową odmianą kapusty, anamamy – warzywem, którego liście są podobne w smaku do szpinaku i liśćmi rośliny Acmella Oleracea, ang. paracress, które nadają potrawie pieprzny smak ), czosnkiem, chili, cebulą i świeżym imbirem, podawanym w bulionie. Oczywiście danie jest serwowane z ryżem i salsą pomidorową.

Owoce morza: w każdej knajpie znajdziecie sporo dań z krewetkami czy kalmarami. Są podawane bez zbędnych udziwnień, z prostymi przyprawami. I w tym tkwi siła tych dań. To były najlepsze „morskie” potrawy, jakie kiedykolwiek jedliśmy! Przepyszne kraby i bezkonkurencyjne ryby to również pozycje, które po prostu muszą wylądować na Waszych talerzach.

Co jeszcze spotkacie bardzo często? Makarony, zwłaszcza na straganach z ulicznym jedzeniem; najczęściej jest to spaghetti z dodatkami. Oprócz tego pastę z ostrych papryczek, podawaną w małym naczynku jako dodatek do dań. Uwaga! Jest NAPRAWDĘ MEGA ostra! (i pisze to osoba, która uwielbia mega ostre dania i wciąga je jak jogurcik). Odpowiednikiem popularnych w Polsce chipsów są panierowane orzeszki, chipsy z batatów (ultracienkie, leciutko słodkawe i bardzo uzależniające), chipsy z bananów (u nas też są, ale nie tak bardzo powszechne, jak tu), czy coś w rodzaju słonych paluszków, obtoczonych w dodatkowej panierce – kupicie to w sklepach, ale jest też podawane w knajpach w miseczce, jako przekąska przed głównym daniem.
Hit jedzeniowy?
- krwisty stek z zebu, zamówiony w Chez Maggie przez naszego 8-latka. Na stół wjechał tak ogromny kawał mięsa, że holenderscy turyści siedzący przy stole obok po prostu zaniemówili. To danie było niewiarygodnie pyszne. Nigdy w życiu nie próbowałam czegoś takiego. Mięciutkie mięso lekko zgrillowane tylko z dodatkiem soli, pieprzu i czosnku. Po prostu petarda! W Polsce taka przyjemność kosztowałaby spokojnie 150 zł lub więcej. Na Madagaskarze zapłaciliśmy za ten stek równowartość 14 zł.
- mini krewetki smażone na chrupko, do zjedzenia w całości – podane z warzywami na parze i sałatką. Koszt – 6 zł. Wrażenia smakowe – bezcenne.
- owoce i soki owocowe (wszystkie świeżo wyciskane). Na wyspie macie wielki wybór owoców. Guava, liczi, papaje czy popularne w Polsce mango, melony, banany albo ananasy. Ale zapewniam Was, że smak tych „naszych” nijak nie ma się do tego, czego spróbujecie w malgaskim menu. Nigdy nie byliśmy wielkimi fanami ananasów, tymczasem wakacyjne sałatki owocowe z dodatkiem ananasa i świeżo wyciskane ananasowe soki przebiły wszystko!
- świeży imbir dodawany do mięsa i warzyw. Nie miałam pojęcia, że tak bardzo potrafi wzbogacić smak potraw. Zwykły pomidor z cebulą po dodaniu imbiru staje się kulinarnym przebojem.
Gdzie kupować jedzenie? Jest dostępne na każdym kroku – w restauracjach, barach i na straganach. Ponieważ na początku podróży zmagaliśmy się z dolegliwościami żołądkowymi, byliśmy bardzo ostrożni, jeśli chodzi o kupowanie street foodu. Ale oczywiście spróbowaliśmy ulicznego jedzenia i było wspaniałe! Targi są nieocenionym źródłem wszelakich lokalnych pyszności i z całego serca je polecamy. W supermarkecie nie zrobiliśmy zakupów ani razu; zajrzeliśmy do jednego w Antananarivo i na widok gigantycznych kolejek do kas – uciekliśmy. W Morondavie mieliśmy swój stały maleńki sklepik spożywczy, gdzie kupowaliśmy zgrzewki wody i puszkowaną sałatkę z marynowanych warzyw i dużej ilości imbiru, która bardzo nam zasmakowała.

Czy coś nam nie smakowało? Hm… zamówiony w Morondavie sok z owoców baobabu był w smaku co najmniej dziwny. Lekko słodki, do tego słonawy i cierpki. Zdecydowanie nie jest to napitek dla osób przyzwyczajonych do coli czy pomarańczowego soku. Cieszę się, że spróbowałam, żeby mieć potem jakąś opinię… ale na przyszłość podziękuję 🙂 Niezbyt dobra była też zupa chińska (soupe chinoise), którą mój mąż zamówił w Kirindy – to było jedyne odwiedzone przez nas miejsce, gdzie ewidentnie było widać, że kucharz się nie stara, bo wiadomo, że i tak turyści są skazani na tę knajpę w rezerwacie na odludziu.

Zupa rybna w restauracji Le Corail w Morondavie również mogłaby być lepsza. Poza tymi drobnymi incydentami zawsze byliśmy bardzo zadowoleni po zjedzeniu posiłku.
Czego nie spróbowaliśmy? Nie było czasu na wypicie wody z zielonego kokosa 🙁 Ja co prawda sok z coco verde piłam podczas pobytu w Ameryce Południowej, ale ten napitek cały czas czeka na moich chłopaków 🙂
Gdzie jedliśmy przepyszne rzeczy i co polecamy? Stołowaliśmy się w rozmaitych miejscach. Poniżej lista jedynie tych, które zaskoczyły nas smakami i które mają naszą rekomendację. Robiłam zdjęcia, gdzie się dało – również fotki menu i rachunków, żeby udokumentować, jak tanio można zjeść tak pyszne rzeczy.
WSZELKIE TARGI
(np. targ Anakanely w Antananarivo czy targ miejski w Morondavie). Kiść przepysznych bananów, słodkich jak snickersy, kupicie za równowartość 1 złotówki.

Pomidory na targu: w zależności od sprzedawcy 500 Ar (50 gr.) za ok 1 kg albo 200 Ar (20 gr.). Kilka nieforemnych, brzydkich, ale nieziemsko słodkich pomarańczy czy mandarynek to znów wydatek zaledwie 1 zł.



Półbagietkę kosztującą u nas 2 zł, na targu kupicie za 500 Ar, czyli 50 groszy. Dla amatorów słodkości też coś jest: domowe ciasteczka zrobione z orzeszków pistacjowych i ziemnych, zatopionych w miodzie lub cukrze. U tej pani kupiliśmy 20 szt za 1 zł!

ANTANANARIVO
- Śniadania i kolacje w hotelu A l’Hotel były naprawdę przyzwoite i dały nam przedsmak tego, czego możemy się spodziewać na wyspie. Rano – przede wszystkim przepyszne owoce. Ananasy dostępne w Polsce są mdłe a tutaj? To sama słodycz. Mango i banany dopełniają smaku. Generalnie, więcej opcji do wyboru mają osoby lubiące słodkie śniadania – owoce, dżemy, słodkie bułeczki, soki. Cena – maks. 10 zł , danie dnia (inne w każdym dniu tygodnia) złożone z przystawki, głównego dania i deseru – 15 000 Ar (15 zł).(nie zapominajmy, że w hotelach wszystko jest dużo droższe). Nie narzekałam 🙂

- Obiad w Rova Grill/ Le Grill du Rova. To restauracja z jednym z najpiękniejszych widoków w mieście, oferująca panoramę z Lac Anosy i Stadionem Narodowym na pierwszym planie.



Zamówiliśmy – oczywiscie – ravitoto (podane z pyszną salsą pomidorową), potrawkę drobiową i lasagne. Nasz pierwszy obiad na Madagaskarze okazał się przesmaczny i bardzo niedrogi.




- Sakamanga – restauracja w hotelu butikowym o tej samej nazwie (więcej o samym hotelu można przeczytać tutaj). Aby dostać się do restauracji, położonej wśród palm, nad kamiennym basenem, trzeba przejść przez korytarz na parterze. Ta przestrzeń jest urządzona naprawdę nietuzinkowo; w foyer powstało swego rodzaju mini-muzeum przedmiotów i dokumentów związanych z historią Madagaskaru i stolicy. Wygląda to niesamowicie.





Menu i końcowy rachunek widać poniżej. Równowartość 91 zł (+ 20000 Ar/20 zł za serwis) za zupę rybną, sporego hamburgera z frytkami, sałatkę z pomidorów i wędzonej mozzarelli, pieczoną rybę z ciecierzycą, marynowaną karkówkę z sosem i dodatkami, deser lodowy oraz picie (herbata, kawa, 2 soki i butlę wody) to według mnie śmiesznie niska kwota. Do tego nasz syn dostał jeszcze prezent-niespodziankę, którą okazała się metalowa riksza, zrobiona ręcznie z zużytych puszek i drucików. Cudowna pamiątka, która cały czas stoi na półce nad jego biurkiem. A wrażenia smakowe – bezcenne. W końcu Sakamaga jest 2-gą najlepszą restauracją w całym kraju.








- Analakely market – link to spostrzeżeń i recenzji innych turystów na Tripadvisor. Ponoć to zaledwie wspomnienie dawnego, wręcz legendarnego targu, z którego słynęła stolica. Ale nadal zdumiewa nie tylko rozmiarem, ale i rożnorodnością towarów. Od ubrań nowych i używanych, przez AGD i elektronikę, przybory szkolne i wyposażenie domu – po JEDZENIE! A jeśli chodzi o jedzenie, to znajdziecie to dosłownie wszystko. Ryby, owoce morza, mięso wszystkich możliwych zwierząt domowych, owoce, warzywa, przyprawy. Jest food hall, są stoiska i sklepiki ze streetfoodem (równowartość 30 lub 50 gr za sajgonkę, pierożka czy porcję innej przekąski), handlarze jedzenia chodzą z wózkami i tacami, można również spróbować koktaili warzywno-owocowych miksowanych na miejscu w obecności klienta. Czego nie można? Brać ze sobą cennych rzeczy i kusić złodziei.


























MIANDRIVAZO
Małe miasteczko w centralnej części Madagaskaru jest dla turystów przystankiem w drodze na wschodnie wybrzeże lub w drodze do atrakcji takich jak Tsingy, Kirindy czy Aleja Baobabów. My zatrzymaliśmy się w restauracji Princesse Tsiribihina, która zresztą jest częścią hoteliku o tej samej nazwie. Z okien rozpościera się widok na sawannę, który szczególnie spodobał się mojemu mężowi. Są wygodne kanapy i duże stoliki, a porcje są solidne, pyszne i bardzo niedrogie. Tu niestety nie zrobiłam zdjęć wszystkich dań i menu, ale uwierzcie mi – z talerzy zniknęło wszystko co do okruszka, a z portfela ubyło bardzo niewiele.


